(function(i,s,o,g,r,a,m){i['GoogleAnalyticsObject']=r;i[r]=i[r]||function(){ (i[r].q=i[r].q||[]).push(arguments)},i[r].l=1*new Date();a=s.createElement(o), m=s.getElementsByTagName(o)[0];a.async=1;a.src=g;m.parentNode.insertBefore(a,m) })(window,document,'script','//www.google-analytics.com/analytics.js','ga'); ga('create', 'UA-47068289-1', 'sprytnamamablog.blogspot.com'); ga('send', 'pageview');

środa, 30 października 2013

NASZE PIERWSZE ROZSTANIE.....

Hm, cóż tu można napisać? W życiu każdej matki przychodzi taki moment że musi przeciąć pępowinę.........Ha ha ha ha guzik prawda, żadna matka jeśli nie musi , to nie zostawia swojego malucha w domu w okresie kiedy jest największym słodziakiem. Jestem architektem krajobrazu miałam okazję do udział w bardzo fajnym projekcie który trwał tydzień, co było robić? Musiałam coś z Zosią począć.Były dwie możliwości- albo niania z okolicy której nie znam i która w ciągu jednego dnia musiałabym się zjawić i zająć moim dzieckiem albo podróż do babci która mieszka 300km dalej. Odwiozłam ją. Nie wyobrażam sobie żeby zajmował się Zosią ktoś , do kogo nie mam zaufania.Jak to zwykle w życiu bywa jest też ale- ale przy tej niani miałabym Zosię w domu.Decydując się na wyjazd, zrezygnowałam dobrowolnie z możliwości widywania własnego dziecka. Ale co tam widywanie jak przynajmniej byłam spokojna że jest w dobrych rękach.Spisał też domownikom listę zakazów i plan dnia Zosi , tak na wszelki :-) Oczywiście babcia jak to babcia , mnie zakazywała jeść słodyczy jak byłam mała ale że to wnusia to ona nie może pić samej wody, dziecko musi jeść słodkie hihihi - nie musi.Podobno jednak mój zakaz notorycznie łamał mój brat a wujek Zosi a nie babcia która już tym że wnuczka z nią zamieszkała na tydzień była tak przejęta ze o łamaniu zakazów w tym wypadku mowy nie było.Pierwsze 3 dni , czyli do środy jakoś było, nowi ludzie, nowe otoczenie. Wieczory z mężem , można było zjeść razem kolację, posiedzieć , wyjść na miasto. Tak, na te kilka dni życie wróciło do stanu o którym Zosia nawet nie wie. O dziwo stan tej euforii, spokoju i relaksu trwał 72 godziny.Potem ogłosiliśmy oboje kryzys!Cichutko, puściutko, nikt zabawek nie przewala, nikt w koło nie woła tata-tata-tata, nawet się kurzu tyle nie robi bo nikt go po prostu nie generuje- masakra. Nikt mi n ie dawał buziaczków, nie wynosił z łazienki ręczników, właściwie to nawet prania nie musiałam robić , bo główny generator brudnych ubranek siedział u babci. Mieliśmy po małą jechać ostatecznie w niedzielę, ale nie dało rady tyle czekać , pojechaliśmy w sobotę!No i jakby nie miał kiedy wjechał w nas autobus mpk na rondzie! Matko kochana no już naprawdę nie było innego dnia?? Miał gość szczęście że wgięte drzwi nie pozwalał nam kontynuować podróży bo inaczej bym uciekła z miejsca zdarzenia. Przecież czeka na mnie córka , moja własna osobista, a tu jakaś taka przyziemna sprawa mnie zatrzymała.do domu dotarliśmy na 17:30, a wyjechaliśmy o 10.I to dobrze że mam kochanego męża , bo chyba byśmy się zaryczeli , gdyby nam się nie udało dotrzeć do małej.Nawet sobie nie wyobrażacie , jak się bałam otworzyć drzwi.Mała jak nas zobaczyła to chyba najpierw musiała zmusić komputer pokładowy żeby dopasował konkretną twarz do konkretnych nazw.Ale po kilku minutach stania w drzwiach udało się. Zostaliśmy rozpoznani, i już uściskom i całusom końca nie było.Zosia wolała mnie nawet od swojego ukochanego tatusia, co nie powiem poprawiło mi humor ;-)To jest coś niesamowitego, co potrafi taki mały sikający w pieluchę dziad zrobić z człowiekiem.Jest to taka metafizyka, taka chemia że to jest wprost nie wytłumaczalne. Muszę jednak stwierdzić obiektywnie, że czas już na to bym wróciła do zawodu i czas na to żeby sobie zdać sprawę że Zosia da sobie radę pod opieką kogoś innego przez te kilka godzin mojej nieobecności.............